niedziela , 26 Marzec 2017
Strona główna / Wiadomości / List Rektora Seminarium Duchownego w Paradyżu na Niedzielę Chrystusa Króla

List Rektora Seminarium Duchownego w Paradyżu na Niedzielę Chrystusa Króla

Czcigodni Kapłani, Siostry i Bracia, Drodzy Przyjaciele Paradyskiego Seminarium

Życie każdego z nas naznaczone jest cierpieniem. Nie sposób przez nie przejść nie czując bólu, nie doświadczając utraty. Ludzkie cierpienie wyłania się także z dzisiejszej Ewangelii, to krzyk bólu złoczyńców ukrzyżowanych wraz Jezusem na Golgocie. Ale krzyk ten, choć ma to samo źródło w przybiciu do krzyża, brzmi zupełnie inaczej w ustach każdego z nich. Pierwszy to krzyk buntu i rozpaczy: „Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas”. Drugi, to wołanie pełne nadziei: „Jezu wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego Królestwa”.

Od dwóch tysięcy lat, we wszystkich pokoleniach, rozbrzmiewa ten sam krzyk, który rodzi się w wyniku doznanego cierpienia. Gdy na drodze naszego życia pojawia się śmierć kogoś bliskiego, choroba, jakieś tragiczne wydarzenie, to niejednokrotnie wołamy do Boga, by odmienił nasz los, by zabrał to, z czym nie chcemy lub nie możemy się pogodzić. Uważamy, że skoro Bóg jest dobry, to powinien nam pomóc i wkroczyć w nasze istnienie
w sposób zgodny z naszym zamysłem. Nieraz chcielibyśmy, by dokonał spektakularnego cudu, żeby przemienił nasze życie w mieniącą się barwami tęczę, gdy jednak nie otrzymujemy tego, o co prosimy, rodzi się w nas bunt, posunięty niekiedy aż do stwierdzenia, że Boga nie ma.

Dzisiaj także słychać narzekania, że Bóg pozostawił świat samemu sobie, że nie wchodzi wyraźniej w jego historię, nie karze natychmiast grzeszników i nie wynagradza sprawiedliwych. Pytamy, dlaczego nie zlikwiduje wojen, głodu i wszelkiej niesprawiedliwości? W niejednym sercu, także ludzi wierzących, mogą rodzić się takie myśli, które w rzeczywistości nie odbiegają od słów wybrzmiałych na Golgocie: „Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas”, słów, które są żądaniem prostej i natychmiastowej Bożej interwencji, które są również wyrazem tęsknoty za proklamacją królestwa Chrystusa już tutaj na ziemi, królestwa, które miałoby zaprowadzić powszechne szczęście i dobrobyt.

Tymczasem Chrystus nie przyszedł w olśniewającej potędze majestatu. Nie postawił siebie na czele społecznych i politycznych przemian ówczesnego czasu. Nie szukał poklasku
i władzy, ani ludzkiego uznania. Nie ogłosił się królem Izraela, ani nie zwalczał ogniem
i mieczem tych, którzy mu się sprzeciwiali. Pozostał raczej nierozpoznany i słaby, jak pisze prorok Izajasz: „wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, mąż boleści oswojony z cierpieniem, jak ktoś przed kimś się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic” (Iz 53,3).
Co więcej, w swoim uniżeniu szanował ludzką wolność, żądających znaków i cudów pozostawił bez odpowiedzi, a złoczyńcę wołającego o miłosierdzie, przyjął do swojego Królestwa.

W tym samym stylu, w jakim prowadził swoje dzieło zbawcze, jest obecny także
w dzisiejszym świecie, wśród wierzących i niewierzących XXI wieku. Nie narzuca swojej obecności, nie daje ułudy szczęścia tu i teraz, nie wyręcza nas w naszych troskach
i obowiązkach, nie stwarza uczucia lekkości krzyża. Za to w taki sam sposób, jak na Golgocie, jest obecny w historii świata. Daje się ukrzyżować i umiera w nowych cierpiących. Jest solidarny z tymi, którzy płaczą i znoszą niedolę codziennych trudów. Jest ukryty
w ludzkiej samotności, bezradności i rozczarowaniach, i nadaje im sens prowadząc człowieka do królestwa swojego Ojca.

Podczas drogi krzyżowej na krakowskich Błoniach papież Franciszek mówił: „Gdzie jest Bóg, jeśli na świecie istnieje zło, jeśli są ludzie głodni, spragnieni, bezdomni, wygnańcy, uchodźcy? Gdzie jest Bóg, gdy niewinni ludzie umierają z powodu przemocy, terroryzmu, wojen? Gdzie jest Bóg, kiedy bezlitosne choroby zrywają więzy życia i miłości? Albo, gdy dzieci są wyzyskiwane, poniżane i kiedy także one cierpią z powodu poważnych patologii? Gdzie jest Bóg w obliczu niepokoju wątpiących i dusz strapionych? Istnieją takie pytania,
na które nie ma żadnych ludzkich odpowiedzi. Możemy tylko spojrzeć na Jezusa i Jego pytać.
A odpowiedź Jezusa jest następująca: „Bóg jest w nich”, Jezus jest w nich, cierpi w nich, głęboko utożsamiony z każdym z nich. Jest On tak zjednoczony z nimi, że tworzy niemal „jedno ciało”.

Chcąc zaradzić ludzkiemu cierpieniu, Chrystus – tak jak dwa tysiące lat temu – buduje swoje królestwo w ludziach i poprzez ludzi, którzy mają otwarte serca i wrażliwe sumienia, dostrzegając potrzebujących pomocy. Dlatego budowanie Królestwa Bożego na ziemi może odbywać się jedynie poprzez ofiarowanie swoich sił opiece nad chorymi, trosce
o cudzoziemców i przesiedleńców, wstawianie się za uciśnionymi oraz walce
o sprawiedliwość społeczną. Każdy z nas przez ofiarną służbę bliźnim ma obowiązek niestrudzonego niesienia nadziei we wszystkie miejsca naznaczone cierpieniem, grzechem
i krzykiem rozpaczy. Każdy z nas ochrzczonych musi odkryć, że Królestwo Boże rozpoczyna się w naszych sercach, by osiągnąć swoją pełnię w ramionach czekającego na nas miłosiernego Ojca. Ta troska o ubogich i cierpiących oraz bliskość z nimi wzbogaca jednak nie tylko ich, ale również nas, bowiem jak uczy Chrystus „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20, 35). Pozwala także – choćby przez chwilę – zobaczyć, jak wygląda Bóg z perspektywy ludzi poszukujących i potrzebujących pomocy. Wreszcie czyż my sami nie jesteśmy tymi, którzy wołają o okruch ludzkiej dobroci, gdy stajemy w obliczu cierpienia i słabości swojego istnienia?

Tym bardziej trzeba mieć świadomość, że do Królestwa Bożego nie dążymy sami i nie tworzymy go indywidualnie, lecz we wspólnocie Kościoła. Byśmy nie stracili z oczu celu, jaki Bóg przed nami stawia, Chrystus dał swojemu Kościołowi kapłanów, których zadaniem jest, poprzez głoszenie Słowa i sprawowanie sakramentów, umacnianie Ludu Bożego
i ogłaszanie nadejścia Królestwa Bożego. Dzisiejszy świat, pogrążony w chaosie kłótni, oskarżeń, fanatycznych ideologii i bratobójczych walk tym bardziej potrzebuje świętych kapłanów, którzy będą pewnymi przewodnikami w drodze do Królestwa Ojca. Takich kapłanów potrzebuje każdy człowiek, gdy na drodze swojego życia doświadcza niepokoju, pustki i gdy obrany przez niego cel zacznie rozmazywać się, przesłonięty troskami codzienności. Takich kapłanów chce formować nasze Seminarium Duchowne rozpoczynając siedemdziesiąty rok swojego istnienia. Chcemy, aby mury naszego domu opuszczali kapłani dojrzali, otwarci na Boga i ludzi oraz pełni zapału do głoszenia Dobrej Nowiny. Jest to niemożliwe bez udziału całego Kościoła diecezjalnego.

Dzisiejsze słowo jest więc wołaniem o troskę – poprzez modlitwę i ofiarę – o nowe powołania kapłańskie oraz podziękowaniem za wszelkie otrzymywane dobro. Bez Was Drodzy Diecezjanie, których chcę nazwać przyjaciółmi naszego Seminarium, formacja duchowa alumnów, ich rozwój intelektualny i przygotowanie do służby drugiemu człowiekowi, byłyby niemożliwe. Bez pomocy wszystkich życzliwych i zatroskanych ludzi niemożliwe byłoby kształtowanie kapłanów, którzy swoją ofiarną pracą będą budować Królestwo Boże najpierw w swoich sercach, a następnie we wspólnocie Ludu Bożego i dawać nadzieję także tym, którzy stoją na obrzeżach wspólnoty Kościoła.

Tym bardziej dziękujemy wszystkim, dzięki którym rozpoczęliśmy kolejny rok formacji. Nasze Seminarium tworzy sześciu formatorów, pięćdziesięciu pięciu alumnów, dwie siostry zakonne oraz pracownicy świeccy. Swoją codzienną modlitwą i pracą budujemy Królestwo Boże w naszych sercach i staramy się nim dzielić z tymi, do których jesteśmy
i będziemy posłani.

To posłanie w sposób szczególny zrealizowało się w ubiegłym roku formacyjnym
w osobach pięciu diakonów, którzy przyjęli święcenia prezbiteratu oraz dziewięciu alumnów, którzy przyjęli święcenia diakonatu. Przygotowanie do tej posługi rozpoczęło w tym roku piętnastu alumnów pierwszego roku, których polecamy szczególnej modlitwie. Dziękujemy za nich Bogu, który wezwał ich do odkrycia właściwego im powołania.

Pozwólcie Drodzy Diecezjanie, że na koniec przytoczę zdanie wypowiedziane przez wielkiego mistyka XX wieku Thomasa Mertona, który na krótko przed swoją tragiczną śmiercią  powiedział: „To czego się od nas żąda, to nie tyle mówienie o Chrystusie, ale takie postępowanie, by on żył w nas, a ludzie mogli go odnaleźć, czując, jak w nas żyje”.

Bez Waszych modlitw i ofiar to zadanie będzie dla nas niewykonalne.

Ks. dr Dariusz Mazurkiewicz
Rektor Wyższego Seminarium Duchownego
Diecezji Zielonogórsko – Gorzowskiej

Foto: Krzysztof Król, Gość Zielonogórsko-Gorzowski