niedziela , 16 Grudzień 2018
Strona główna / Wybrane teksty bpa Wilhelma Pluty

Wybrane teksty bpa Wilhelma Pluty

  • Tajemnica …
  • O rozbudzeniu …
  • Asceza …
  • Wspomnienie …

Tajemnica Kościoła

Pierwszy list pasterski bpa Wilhelma Pluty z 7 września 1958 r.

(Bp Wilhelm Pluta, Aby wszyscy byli jedno. Listy pasterskie, Opole 1985, s. 13-19)

A

Gdy mi J. Eminencja Ks. Kardynał Prymas wręczył nominację na biskupa, powierzając w imieniu Stolicy Apostolskiej pieczę nad duszami Waszymi, powiedział słowa, które na zawsze utkwiły mi w sercu: „Idzie tam ksiądz jako syn twardej wiary śląskiej, niech ksiądz zaniesie ludowi na rozległej ziemi gorzowskiej dużo siły – a raczej dużo miłości, bo tej im więcej jeszcze trzeba”. I gdy potem zastanawiałem się nad słowem wstępnym pierwszego mego do Was odezwania, które by odpowiadało temu poleceniu misyjnemu, przyszedł mi z pomocą św. Paweł, apostolski założyciel gminy-diecezji w Filippi. Szczególniejsze umiłowanie Filipian apostoł określił rzewnym słowem w liście do nich skierowanym „Noszę Was w sercu swoim”. (Flp 1, 7)

Tymże natchnionym słowem apostoła narodów odzywam się do Was, przychodząc ze Śląska, ziemi „twardej wiary”, złożywszy wpierw hołd Najśw. Pannie Maryi na Jasnej Górze i w Rokitnie. Tam odprawiłem modły za Was: Albowiem świadkiem mi jest Bóg, jak pragnę, abyście wszyscy byli w sercu Jezusa Chrystusa. A modlę się o to, aby miłość Wasza pomnażała się nieustannie w umiejętności i we wszelkim rozumieniu, abyście umieli rozeznać, co ważniejsze, a byli szczerzy i bez skazy na dzień Chrystusowy, napełnieni plonem sprawiedliwości przez Chrystusa ku czci i chwale Bożej (Flp 1, 8-11).

Tymi to słowy Was pozdrawiam! Niechże one wyrażają uczucia serdeczne, jakie dla Was żywię i żywić pragnę, póki mi Bóg pozwoli włodarzyć duszami Waszymi i prowadzić je do nieba.

W liście zaś nominacyjnym, powierzającym mi pieczę nad duszami Waszymi, mam nakreślony program działania: „…abym w swym działaniu kapłańskim przyczyniał się do umacniania upragnionej jedności Narodu w ramionach św. Matki Kościoła”.

Kornie chylę czoło przed dwoma mymi poprzednikami, rządcami dusz Waszych i z rozrzewnieniem o nich wspominam. Oni zaczęli pracę pasterską wśród Was, a ja ją dalej mam prowadzić. Ks. biskup dr Nowicki, obecny Ordynariusz w Gdańsku, w niesłychanie trudnych warunkach, niemal jeszcze wśród huku armat, na zgliszczach i zniszczeniach wojennych zakładał fundamenty zorganizowanej pracy apostolskiej na tej ziemi, dokonując wielkiego dzieła. Z jego imieniem dzieje kościelne ziemi gorzowskiej na zawsze będą złączone. Śp. ks. bp Bensch niedługo mógł Wam przewodniczyć w drodze do nieba. Kilkakrotne wezwanie „Przyjdź Panie Jezu” w pierwszym do Was odezwaniu wyrażały cały żar Jego apostolskiego serca, jakie Wam chciał oddać. W okresie między rządami wspaniałych biskupów pełnili urząd rządców diecezji jeszcze ks. Tadeusz Załuczkowski i ks. Zygmunt Szelążek „w okresie bardzo ciężkim dla Kościoła wśród wielu trudności i zmagań”.

Chylę czoło przed Wami, nieznanymi żołnierzami Chrystusowymi, setkami kapłanów, co niezmierne na tej ziemi gorzowskiej ponosili trudy dla chwały Bożej i dusz nieśmiertelnych. Chylę czoło przed Wami, dobrymi kapłanami, którzy nie dawali zgorszenia ludowi Bożemu – byli posłuszni karnością świętą prawowitej władzy Kościoła i nieraz żyli tu we franciszkańskim iście ubóstwie. Dziś są już często schorowani i sterani życiem. Jakże łatwo zapomina się o nich w uroczystych chwilach. A przecież bez trudu wszystkich kapłanów żaden biskup nie może pasterzować w jakiejkolwiek dziedzinie Winnicy Pańskiej. Niech dobry Bóg teraz i na wieki będzie Wam „Nagrodą nazbyt wielką”. Sam byłem duszpasterzem i katechetą, więc doceniam Wasze trudy jako istotny wkład w budowaniu Królestwa Bożego na ziemi.

Na glebie przygotowanej trudem mych poprzedników i Waszym mam dalej prowadzić dzieło Boże. Proszę Was o szczerą pomoc, przyjaźń i modlitwę odmawianą wraz z ludem naszym. „Nosząc Was wszystkich w sercu i pragnąc abyście wszyscy byli w Sercu Jezusa Chrystusa. (…) modlę się, abyście byli bez skazy (…), napełnieni plonem sprawiedliwości przez Jezusa Chrystusa (…), aby miłość Wasza nieustannie się pomnażała”, aby tak „umacniała się na ziemiach naszych jedność Narodu w ramionach Matki Kościoła”. Jedność wszystkich, skądkolwiek tu przybyli i ziemie te zamieszkali. Oto zadanie moje, jakie mam spełnić, oto nastrój serca mego, w jakim to zadanie moje wykonać pragnę. Wypełnić je przy pomocy Nieba, Waszej, moi współpracownicy Bracia Kapłani i Twego, Ludu Boży, wiernego i ufnego oddania się pod naszą pieczę. W obecnych zaś warunkach naszego narodu, czekającego Tysiąclecia Chrztu św. Polski, zadanie to określa słowo Ślubowań Jasnogórskich, które jest jednocześnie hasłem pracy duszpasterskiej w drugim roku Wielkiej Nowenny: „Matko Boża! Przyrzekamy strzec w każdej duszy polskiej daru Łaski jako źródła życia Bożego. Pragniemy, aby każdy z nas żył w łasce uświęcającej i był świątynią Boga, aby cały naród żył bez grzechu ciężkiego”.

B

  1. Tajemnica Kościoła

Cały świat przeżywa obecnie czasy wielkich przemian we wszystkich dziedzinach życia. Czasy te są trudne, jak zawsze, gdy przemija stara postać świata i rodzi się nowa. Czasy te są niebezpieczne dla życia duchowego i moralnego wielu, jak zawsze, gdy człowiek znajdzie się w warunkach zupełnie nowych, zaskakujących nowością pokuszeń tych, którzy nie są na nie przygotowani. Wielu już uległo tym pokuszeniom, wielu jeszcze ulec im może. Czujne spojrzenie duszpasterskie przede wszystkim stwierdza, że obecnie jest zagrożone zbawienie niezliczonej ilości dusz.

W takich to czasach ludzie myślący i nieuprzedzeni patrzą na Kościół Boży, aby im szukającym, wskazał drogę i pilnie nasłuchują, aby słowo Kościoła o istotnej prawdzie dotarło do nich wyraźnie. W napisanym ostatnio 10-tomowym dziele o dziejach ludzkości, które stało się wydarzeniem naukowym w skali światowej – wybitny uczony niekatolicki Toyubee stwierdza, że zagrożenie świata doszło na zegarze dziejów ludzkości do pięciu minut przez godziną dwunastą, godziną strasznej katastrofy. Stwierdza dalej, iż on – niekatolik – składa hołd naszemu Kościołowi, gdyż Kościół jedynie realizował w dziejach niezmiennie i nieustraszenie wartości prawdy i dobra, niezbędne dla istnienia kultury i Kościół przetrwał zmienność wszystkich form organizacji społeczeństw.

Inny niekatolicki uczony (K. Stern) fachowy znawca niebezpiecznych zakamarków serca i ducha ludzkiego, którego moc rozsadzania przewyższa siły atomowe, znalazłszy sam światło wiary i przystań duchową w Kościele katolickim, napisał znamienne słowa: „Wszyscy dziś czekamy na Kościół”!

Wielkie umysły, szukające szczerze prawdy i dobra, powiedzą o Kościele, co powiedziała wybitna pisarka, konwertytka, (G.V. Le Fort): „Tyś jest jedynym dowodem i znakiem Wiekuistego w dziejach tej ziemi. Dzieje św. Kościoła – to losy Boga wśród ludzi. Zostać zaś członkiem tego Kościoła znaczy posiąść wielką nową miłość do Zbawiciela. I tylko w tej miłości do Zbawiciela zajaśnieje nam ostateczna pewność przekonania o istocie Kościoła”.

I my, dzieci Boże zrodzone przez Kościół, Matkę naszą, spoglądamy nań z całą ufnością jako na Rodzicielkę naszą i przy nim trwać chcemy. W nim bowiem jest Chrystus. Wszak Kościół jest Chrystusem rozprzestrzenionym w dziejach i miejscach. I ten Chrystus „wczoraj i dziś, i na wieki” zostanie jedyną „drogą, prawdą i życiem”. Poprzez Kościół swój i w nim rodzi On swoich Świętych, w których jedyny dziś ratunek świata. I znowu ludzie myślący i nieuprzedzeni doceniają wartość tych, którzy żyją pełnią łaski Bożej. Na zjeździe, obradującym po ostatniej wojnie na temat lęku ludzkości przed samą sobą, powiedział znakomity przyrodnik i myśliciel (De Broglie): „Głos ratunku mają dziś tylko święci. Oni to jedynie w zmowie z łaską Bożą mogą przywrócić światu zachwianą równowagę”. […]

Jak mimo trzech Osób w Trójcy, mimo przyjęcia przez drugą w niej Osobę ziemskiego istnienia jest ona niepodzielną Trójcą Przenajśw. i w miłości Ducha Św. jednością – tak drugim naczelnym prawem w Kościele musi być jedność. Chrystus Pan modlił się w przeddzień swej śmierci zbawczej za cały Kościół: „Niechaj wszyscy będą jednością!” „Jedność ludu Bożego z biskupami i Ojcem św. w Kościele jest nie tylko nakazem Chrystusa Pana, ale leży u podstaw samej istoty Kościoła, albowiem Kościół przenikają te same siły, które przenikają osobę Chrystusa i Kościół jest wciągnięty w Chrystusowe formy życia” (Schmaus). Stąd więc miłość wzajemna ludzi i jedność jednego jako i wszystkich narodów ma w Kościele Bożym najlepsze warunki rozwoju, stanowi rękojmię jej istnienia. […]

  1. Nasza wspólna praca w Kościele Bożym

Wkładając mi pierścień biskupi przy konsekracji i zaślubiając mnie tym samym z Kościołem w szczególniejszy sposób, rzekł mi konsekrator słowa pełne ważkiej treści: „Przyjmij pierścień – znak wierności, abyś ozdobiony nieskalaną wiarą strzegł Oblubienicy Boga, świętego Kościoła, bez jakiegokolwiek umniejszenia!”.

Wy, pouczeni poprzednio przypomnianą nauką o istocie Kościoła, a ja wsłuchany w słowa zaślubin z Kościołem, a szczególnie z Kościołem na rozległej ziemi gorzowskiej, którą powierzył Namiestnik Chrystusa na ziemi, Ojciec św. Pius XII, mojej duszpasterskiej pieczy – cóż chcemy uczynić – wspólnymi siłami Drodzy Bracia Kapłani, i Ty, Drogi Ludu Boży, by dowodnie pokazać, że w Kościele widzimy niezmiennie działającego Chrystusa, że Kościół kochamy, że strzec go chcemy bez jakiegokolwiek umniejszenia?

Chcemy wszyscy wspólnie pracować nad odnowieniem życia Bożego w rodzinie. Rodzina stanowi fundament życia i Kościoła. Ostatecznie i samego kapłana urabia lud, rodzina. „I będzie jakiż lud, takiż i kapłan jego!” – rzecze prorok. Chcemy, aby wszystkie dzieci Boże ziemi gorzowskiej żyły w stanie łaski uświęcającej, małżonkowie zaś tylko w sakramentalnym związku zaślubin małżeńskich czerpiąc z niego łaski stanu, nieodzowne do świętości życia w małżeństwie i rodzinie. Już dziś, w pierwszym moim do Was słowie wołam z całą miłością pasterską i powagą urzędu biskupiego: Bracia i Siostry, wy wszyscy, którzy przez nieświęty związek małżeński stoicie z dala od łaski i obciążacie sumienia wasze winą, nawróćcie się! Kapłani, wasi duszpasterze, ułatwiają wam wszystko, czego potrzeba, abyście się z Bogiem pojednać mogli. Oto jedno z głównych zadań duszpasterskich naszej diecezji: odbudowa życia rodziny, aby stała się na nowo pierwszą i najlepszą instytucją wychowawczą dzieci Bożych dla świętego życia na ziemi i wiecznego szczęścia w niebie.

Dwa jednakże są warunki, aby spełnić dobrze to zadanie: trzeba obudzić ducha wiary; trzeba skierować serce ku miłowaniu Pana Boga! Chciejmy tego dokonać wszystkimi środkami nam dostępnymi!:

  1. W każdym kościele, o ile na to zezwolą siły duszpasterzy i warunki lokalne, w każdą niedzielę i w każde święto będą się gromadzić wszyscy na uczestnictwo we Mszy św. i na słuchanie Słowa Bożego. Nie ma niedzieli bez Mszy św. – oto hasło najbliższe. Doświadczenie duszpasterskie bowiem uczy, że wstępnym krokiem odejścia od prawa Bożego i odstępstwa od Kościoła i Boga na zawsze jest zaniedbanie Bożego nakazu święcenia dnia św. Będziemy również usilnie dążyć do tego, aby i w dzień powszedni wierni gromadzili się u Ołtarza Ofiarniczego, gdyż tylko tu znajdą moc do ponoszenia ofiar, jakich wymaga szary dzień od każdego z nas.
  2. W okresie Wielkiej Nowenny w każdej parafii niech się odbędzie misja parafialna. Zbożne to dzieło już się w diecezji zaczęło. Albowiem misja św. budzi bardzo często dusze najbardziej zaniedbane i kieruje je na drogi Bożego życia,
  3. Wszyscy bez wyjątku kapłani, osoby zakonne i wszyscy wierni wytężą wszystkie siły i poniosą największe ofiary, aby każde dziecko i cała młodzież dorastająca pobierała systematyczną naukę religii, poznawała bogactwo prawdy i dobra Jezusa Chrystusa. Albowiem „…mocny fundament małżeństwa szczęśliwego i zagłada, jaką sprowadza nieszczęśliwe, tworzą się w duszach chłopców i dziewcząt już w wieku dziecięcym i młodzieńczym” (Pius XI, Casti connubii).
  4. Chcemy odbudować wszystkie świątynie diecezji, aby w nich miło było, gdy gromadzić się będziemy na „Łamanie Chleba” i posługę słowa.

C

 

Drodzy Bracia Kapłani, Ukochani Diecezjanie!

Zdaję sobie sprawę, że tak szeroki i dalekosiężny plan pracy przerasta moje siły. Bez Was nie może być owoców pracy. Nie może ich być bez naszej wspólnej i wzajemnej miłości i jedności, tej miłości i jedności, która stanowi zrąb Kościoła Bożego.

Dla godła biskupiego wybrałem słowa Chrystusa Pana, Arcykapłana, modlącego się o jedność dzieci Bożych, w jeden Kościół Chrystusowy związanych: „Ut omnes unum sint!” „Niechaj wszyscy będą jednością!”

W godle biskupim umieściłem Krzyż św. Piotra, patrona mego zmarłego ojca. Ma mi przypominać wierność pierwszego papieża, przypieczętowaną krwią męczeńską, wierność bezwzględną dla Stolicy Apostolskiej. Baranek św. Agnieszki, patronki mej zmarłej matki, ma mi być napomnieniem ku dobroci rozumnej, do której mnie zobowiązał Kościół wręczając mi pastorał. „(…), abyś w pielęgnowaniu cnót serca ucieszał, abyś karząc błędy czynił to z miłością, abyś zachował spokój ducha w dbałości o karność”. Młotki, znak górników, wskazują, z jakiej pochodzę rodziny, i przypominać mi mają „ziemię twardej wiary”, ziemię śląską. W tym nastroju, w nastroju wiary, wierności i rozumnej dobroci chcę pracować na i dla ziemi gorzowskiej, której herb – orzeł – widnieje w godle biskupim.

Pasterzowanie zaś swoje z pełną ufnością powierzam Najświętszemu Sercu Syna Bożego i Niepokalanemu Sercu Bogarodzicy Maryi, Patronce naszej Ojczyzny i pracy duszpasterskiej w okresie wielkiej Nowenny przed Millenium.

Z takim programem do Was przychodzę, z tym umysłu rozważaniem i serca uczuciem wkraczam na tę ziemię, zamieszkałą przez Lud Boży, w wierności dla Stolicy Apostolskiej wypróbowany.

Was zaś wszystkich, Drodzy Bracia Kapłani i kochane Dzieci Boże, proszę najpokorniej o codzienne za mną orędowanie u Serca Syna Bożego i Jego Niepokalanej Matki, abym zamierzenia moje w duchu i nastroju godła biskupiego mógł spełnić, uświęcić siebie przez ofiarną z Wami pracę, umocnić jedność Narodu w ramionach św. Matki Kościoła – „a kiedyś razem z Wami cieszyć się na wieki w niebie”.

A pracując na ziemi Waszej, obym mógł się do Was odzywać tkliwym słowem św. Pawła: „Więc, bracia ukochani i najmilsi, wy radości moja i korona moja” (Phil 4,1) – a będę mógł się tak rzewnie odzywać, gdy spełnicie św. Apostoła wezwanie: „bądźcie stałymi w Panu, Ukochani” (Phil 4,1), „bądźcie przejęci tym samym duchem, który ożywiał Jezusa Chrystusa” (Phil 2,5) – duchem Jego pokory i umartwienia. Bo z tego ducha zrodzi się „upragniona jedność Narodu w ramionach św. Matki Kościoła”.

Błogosławieństwo Boga Wszechmogącego Ojca i Syna i Ducha Św. niech zstąpi na ziemię, na Wasze warsztaty pracy, zagony, rodziny i serca Wasze.

O rozbudzeniu ducha braterskiej miłości w parafii

List pasterski z 7 września 1973 r. w 15 rocznicę sakry biskupiej

(Bp Wilhelm Pluta, Aby wszyscy byli jedno. Listy pasterskie, Opole 1985, s. 198-203)

„Czyńcie prawdę – w miłości”. (Św. Paweł)

A

Bracia Kapłani – Wierni Diecezji Gorzowskiej!

Dawne zapiski kronikarzy nieraz w formie obrazowej przekazują mądrość ludzką doświadczeniem nabytą i sprawdzoną. Mówią też o możnym władcy kraju, który chciał się przekonać, jaki to był pierwotny język ludzki. Rozkazał więc, aby przez szereg lat obserwowano niemowlęta, jakim one same zaczną mówić językiem. Nakazał je dobrze odżywiać i pielęgnować, ale nikomu nie wolno było do nich przemawiać, ani uśmiechem, ani żadnym znakiem okazywać im serdeczności. Niemowlęta te jednak – zanim zaczęły mówić – wszystkie poumierały… Mądrość tego przekazu jest w tym: człowiek nie urośnie na człowieka a mowa jest wyrazem człowieczeństwa – gdy mu nie udzieli miłości otoczenie choćby dobrym słowem, uśmiechem i znakiem dobroci okazanej.

Wszyscy znają cenę i wartości serca na braci otwartego, iż miłość do ludzi niesiona sprawia, że ludzie stają się więcej ludzcy i ci, co tę miłość niosą, i ci co ją otrzymują.

I nie dziwi nas wiadomość dzienników, że miliony ludzi ze wzruszeniem i uznaniem odniosły się do młodego człowieka, który zaproponował złodziejom-szantażystom, że on odda się na zakładnika za tę młodą niewiastę, którą złodzieje ukradli, aby od bogatego jubilera otrzymać bogaty okup za zwolnienie zakładniczki… a przecież groziła mu śmierć na wypadek niedania okupu… Ludzie cenią serce!

Gdy byłem proboszczem przeżyłem też taką gotowość ofiary na rzecz bliźniego. Pewna osoba będąca od lat wielu z dala od Boga była bliska śmierci, a nie chciała pojednania z Bogiem. Ujawniłem to duszom, więcej z Bogiem żyjącym, z prośbą o pomoc. Jeden z młodych mężczyzn, któremu oświadczono, że może jest chory na raka, przyszedł do mnie i oświadczył: „Chętnie przyjmę tę ciężką próbę i nie będę narzekał – ofiarując moje cierpienie i smutny los za tę osobę, aby się nawróciła”. I w sposób nieoczekiwany owa osoba nawróciła się przed śmiercią do Boga. – Miłość nawraca do Boga.

Takich czy innych historii o dobroci serca i Wy moglibyście wiele przytoczyć. A zawsze Wam serce radośnie bije, gdy przeżywacie ujawnienie miłości. Budzi się bowiem w Waszym sercu jakaś nadzieja i ufność w przyszłość, jakieś zaufanie do ludzi, jakaś pogoda ducha i wiara w sens życia i wartości duchowe, które czynią życie więcej ludzkim, choć byście mieli i biedę albo i cierpieli. Spotykając się z ludźmi dobroci i Wasze serce ochotnie się budzi i rośnie w nim odwaga: „będę i ja dobry!”

A ja dziś z Waszego serca wyjmuję tę Waszą odwagę i ją ujawniam i mówię za Was: „Chcemy mieć serce dla ludzi, stale na nowo je nieść ludziom, aby przez nasze serce inni stali się więcej ludzcy. Brakiem serca nie chcemy zabijać ludzkich wartości w bliźnich, a wzór owych niemowląt z kroniki, zabitych nie przez głód za chlebem, ale przez głód za sercem i dobrym słowem” – Czyńcie więc tę dobroć, boście dziećmi dobrego Boga. W tej dobroci leży Wasze pokrewieństwo z dobrym Bogiem: to Wasze czynne miłowanie człowieka tworzy historię świata dobrych ludzi, przetrwa w przyszłe pokolenia, które znowu będą dobrze czynić i dobrych ludzi w czasie i przestrzeni świata mnożyć: bo człowiek staje się człowiekiem dobrym – tylko przez dobrego człowieka, jak tylko światło a ciepło słońca budzi utajone życie nasienia, aby rosło w drzewo i owoce!

B

  1. Kto ma serce i dobroć czyni – ten w sobie wiarę w Boga tworzy, wiarę niesie między ludzi i nadzieję.

Drodzy Bracia! Chodzi jednak jeszcze o wiele większą sprawę, Serce Wasze, darowując ludziom uczynną miłość i dobroć, tych ludzi do Boga prowadzi, daje ludziom Boga, a Wy sami przez to rośniecie w bogactwo wiary! Serce Wasze, dające ludziom miłość budzi w mich wiarę w słowo Boże, jako prawdę życia, a też i Wy sami w sobie tę wiarę tworzycie, bo do tej miłości przywiązał Bóg sam łaskę wiary! – Dlatego to pisałem do Was w ostatnim liście w W. Poście: „Słowo Boże nie będzie jako prawda przyjęte przez ludzi stojących bokiem do Boga, gdy wśród Was, w każdej parafii nie znajdzie się choćby najmniejszy zespół ludzi, którzy nikomu krzywdy nie czynią, sobie nawzajem i otoczeniu są braćmi”. Dlatego też to od roku już często słyszycie i będziecie jeszcze słyszeć słowo moje o parafii. „Miłość ku Bogu sprawia, że wszyscy parafianie są dziećmi Jednego Ojca, a w tej wspólnocie braterskiej chcą pomagać zagrożonemu bratu”. A nie ma miłości ku Bogu bez miłości ku bliźnim i nie ma wiary w Boga ani wiary w Jego miłość do nas i ani wiary w niebo nam przyobiecane – bez miłości do Niego i ludzi.

Znacie słowa Pana Jezusa: „Jak ja Was umiłowałem, tak macie się i wy wzajemnie miłować. Po tym poznają, żeście uczniami moimi, jeżeli miłość mieć będziecie jedni ku drugim” (Jan 13, 35). „Być uczniem” – to znaczy i myśleć i chcieć jak Nauczyciel i Wychowawca: Pan Jezus, a Więc Jego oczyma widzieć świat i życie i Jego sercem kosztować i obejmować świat i ludzi – a to właśnie znaczy „wierzyć”. „Jeżeli kto mówi, że miłuje Boga, a nienawidzi brata swego – ten jest kłamcą. Bo kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” (1 Jan 4, 25).

Pan Jezus też orzekł: „Gdzie dwóch lub trzech jest zebranych w imię moje tam ja jestem między nimi” – „imię” znaczy tu sama osoba Chrystusa, a więc gdzie zbierają się ludzie w jedność i społeczność z mocy Bożej miłości Chrystusowej, która zawsze była ofiarna dla ludzi – tam jest obecny sam Pan Jezus. W takim zgromadzeniu ludzi miłością Chrystusa zgromadzonych sam Chrystus jest obecny, a gdzie On jest, tam jest On jako światło dla oczu a radość dla serca, jak to Chrystusowe światło poszło w oczy a Jego miłość, pałająca radością na nowo poszła w serce uczniów wielkanocnego Emaus, gdy On stanął wśród nich załamanych i uciekających…

Miłość do człowieka nie jest więc „nakazem” wiary ani tylko „przykazaniem”, lecz jest elementem składowym tego wielkiego zjawiska, jakim jest wiara, która jest życiem w Chrystusie. „Myśmy przeszli ze śmierci do życia, bo miłujemy braci” – mówi najbliższy Sercu Pana Jezusa apostoł św. Jan. Jak filary są częścią istotną mostu, który się musi zawalić, o ile nie ma w ogóle filarów albo gdy ich jest za mało, a ciężar na moście znajdzie się większy tak wiara tworzy się w nas tylko, gdy z łaską Bożą współpracujemy. On miłością, a my czyniący miłość budujemy Boga w sobie. Kochając człowieka stajemy na tym miejscu, gdzie na nas Bóg czeka, aby nam się dać poznać. Z tego miejsca – posłani jesteśmy do świata, światu niesiemy Boga, budujemy Jego Królestwo, niesiemy światu nadzieję w sens życia, radość i ukojenie.

To braterskie usłużenie bratu musi jednak być owocem głębokiego a serdecznego współżycia z Panem Bogiem – na osobistej modlitwie skupienia w Bogu i radowania się Bogiem. A równocześnie to rozmodlenie w Bogu i radowanie się w Nim jest zależne od braterskiego otworzenia się w braterskiej usłużności bliźnim. Modlitwa i braterska miłość stanowią wielkie Wasze dzieło apostolskie wobec świata. Bóg Was wszystkich potrzebuje dla zbawienia świata.

  1. Gdzie i w jaki sposób macie „czynić prawdę w miłości”?

Drodzy Bracia! List mój dzisiejszy jest nieco inny niż dawne. Oto będę Was brał za ręce i prowadził Was do ludzi potrzebujących waszych rąk, a zwłaszcza Waszego serca, będę Wam oczy otwierał, abyście widzieli tych, co do Was ręce swoje wyciągają o pomoc. Czy chcecie ją dać?! Wasza odpowiedź na pewno tak brzmi: „Chcę, aby w naszej wspólnocie parafialnej duch braterstwa ogarniał wielu, najlepiej zaś wszystkich nas, abyśmy wspólnie świadczyli, że wśród nas jest Jezus Chrystus, jako nasze wspólne i jedno serce, z którego my wszyscy ubogaceni Jego miłością – świadczymy miłość braciom naszym”. Bo o tę miłość wielu już głośno do Was woła – a wielu jeszcze i po cichu i nieśmiało, bo się wstydzi przyznać do swojej rozlicznej biedy i ją kryje!

 

Jak więc możecie tę dobroć i mdłość usłużną świadczyć?

Najpierw – pomagać rodzinie!

  1. Zaopiekować się dziećmi w domu, gdy matka jest chora: w domu lub w szpitalu.
  2. Przyjąć do siebie dziecko na czas jakiś, gdy matka jest chora, przeciążona lub nie umie dostatecznie zająć się dziećmi.
  3. Pomóc matce przy zakupach, gdy nie może wychodzić z domu.
  4. Budzić szacunek dla rodzin, które mają odwagę mieć więcej dzieci, wspierać je okazywaną życzliwością i konkretną pomocą. Kochające serce otworzy Wam oczy, aby dostrzec, czego taka rodzina potrzebuje.
  5. Nieporadną lub zaniedbaną rodzinę wielodzietną oddać w stałą opiekę rodzinie duchowo i moralnie silniejszej.
  6. Zatroszczyć się o dzieci zaniedbane, aby brały udział w katechizacji. Dzieciom biednym umożliwić wakacje w warunkach korzystnych.
  7. Ratować poczęte dziecko, któremu grozi śmierć przed urodzeniem.
  8. Zaopiekować się rodziną więźnia, a po odbyciu kary umożliwić mu powrót do życzliwszego otoczenia ludzi dobrych.
  9. Pomóc rodzinie i osobom cierpiącym przez pijaństwo kogoś z ich grona.
  10. Umożliwić wyczerpanej matce wyjazd na odpoczynek, zabierając jej dziecko do siebie.

 

A dalej: Pomagać wszystkim potrzebującym pomocy!

  1. Umożliwić osobom nie mogącym o własnych siłach wychodzić z domu na spacer lub pójście do kościoła.
  2. Odwiedzać osoby chore, stare, opuszczone przez wszystkich, przeczytać im rzecz o radosnej treści, poczynić im drobne sprawunki.
  3. Zawieźć chorego własnym środkiem lokomocji do kościoła w niedzielę i święto, aby spotkał się z tłumem wiernych i Panem Jezusem.
  4. Zadbać, aby kapłan na czas mógł choremu udzielić sakramentów.
  5. Wytwarzać atmosferę zrozumienia, życzliwości dla osób smutnych, zrezygnowanych, zawiedzionych, zwątpionych i wyobcowanych w środowisku.
  6. Pośredniczyć w znalezieniu pracy, napisać podanie do władz w różnych sprawach, w których instytucje państwowe są kompetentne.
  7. Pomagać w pogodzeniu zwaśnionych.
  8. Dać bezpłatną usługę zawodową osobom potrzebującym jej.
  9. Spieszyć z pomocą sąsiedzką wówczas, gdy ta pomoc jest konieczna: żniwa, pożar, choroba, nieszczęście, śmierć.
  10. Zgłosić kapłanowi lub ludziom dobrym tych, którzy są w potrzebie, a nikt o nich nie wie.

 

Wreszcie: praca braterska – zespołowa.

Są wśród Was tacy, których tchnienie miłości Chrystusowej do Braci poruszy mocniej i może ich i zaniepokoi brak miłości nawet wśród tych, co są Chrystusa braćmi – i odczują wezwanie siebie przez Chrystusa do stworzenia choćby najmniejszego zespołu osób żarliwych i chcących stworzyć przedłużenie rąk Chrystusowych i oczu Chrystusowych i przedłużenie kapłańskiej posługi Waszych duszpasterzy. Taki zespół jest możliwy i w Waszej parafii, bo i u was są ludzie, których „zawodem jest czynić dobrze bliźnim”. Niech ten zespół zaraz u Was powstanie albo się pomnoży! Wasi zaś księża muszą bardzo sumiennie zadbać o dusze i prace tego zespołu. To najowocniejsze dziś działanie apostolskie!

 

Drodzy Bracia!

Rozważcie dobrze te zadania. Patrzcie, ile macie możliwości świadczenia dobrze bliźnim – i to wszyscy. Patrzcie i zauważcie dobrze, że w tych wyliczonych zadaniach chodzi głównie o to, aby człowiek zbliżył się do człowieka i był mu bratem w miłości Jezusa Chrystusa! A jeżeli będzie potrzeba – to się na pewno znajdą i środki materialne ku pomocy. I mówię Wam raz jeszcze: kochające serce otworzy Wam oczy i zobaczycie, kto do Was podnosi błagające ręce o Waszą dobroć. I te serca dla bliźnich mieć musicie! W przeciwnym bowiem razie zapieracie się Chrystusa i kłamiecie przed światem; publicznie przyznajecie się do braci Jezusa Chrystusa – a nimi nie jesteście, bo nie ma między Wami a Nim pokrewieństwa miłości!

Abyście jednak na serio wzięli to wołanie nie moje, ale samego Chrystusa – nakazuję, aby w każdym kościele były uwidocznione na piśmie te zadania, o których Wam konkretnie teraz mówiłem. W kościele Waszym też musi być skarbonka z takim napisem: „Panie Jezu – Tobie, w braciach ludzkich pomogę”. Jedno czy drugie z tych zadań to świadczenie miłości dla Was możliwe do spełnienia: wypiszcie więc i oświadczcie: „W tym chcę pomagać bliźnim – oto moje nazwisko i mój adres”. To oświadczenie złóżcie w tej skarbonce. A ci, którzy chcą należeć do małego zespołu apostołów charytatywnych, niech to również na kartce oświadczą z podaniem nazwiska i adresu. Ten zespół nie będzie żadną organizacją ani stowarzyszeniem z zarządem! Wasi duszpasterze wskażą Wam osoby, które proszą Was o tę pomoc, jaką Wy sami ofiarujecie zespołowo i pojedynczo i którym pomóc możecie. I jeszcze jedno! Niech każdy z Was pracujący, ale każdy, a więc i Wy młodzi – niech mi da 1 złotego na miesiąc, to znaczy nie mnie, ale na biednych z parafii Waszej! Niech będzie w waszym kościele skarbonka z wyraźnym napisem: „Mój 1 złoty miesięczny dla najbiedniejszych”!

Takie moje żądanie chyba nie jest wygórowane, a może nawet jest zawstydzające, że tak skąpo oceniam Waszą ofiarność! Chodzi jednak o powszechny wysiłek, o powszechne wychowanie Was do ofiarności na rzecz biednych, o uczulenie na potrzeby bliźnich. Tak dzieje się w całym świecie katolickim. Tylko wspólny wysiłek wszystkich może stać się wielką pomocą! A pomoc światu – musi być wielka!

Czyńcie więc dobrze wszędzie i zawsze dla miłości Jezusa Chrystusa! – o co Was proszę w dniu 15 rocznicy mojego pasterzowania Wam.

Asceza współczesnego kapłana

Konferencja do księży wygłoszona w Krakowie 20 stycznia 1970 r.

 

Wstęp

– Określenie tematu w oparciu o recenzję 2 powieści opublikowanych w gwiazdkowym „Le Monde” przez H. Simon’a.

Pierwsza opowieść mówi o kleryku, który przeżywa z pewnym wstrząsem wewnętrznym święcenia kapłańskie starszych kolegów. Widzi ich leżących pokotem na posadzce katedry, na tle czerwonego koloru liturgii, skoszonych jak zboże na polu. Wszystko mówi i woła: Ofiara!… Alumn załamuje się i ucieka z seminarium: nie potrafi i nie chce oddać Bogu siebie samego na całkowitą służbę…

Druga opowieść opowiada o kapłanie, który już tkwi w pracy duszpasterskiej. I oto przytrafia się mu na pozór banalna historia: napotyka kobietę, która czyni na nim wrażenie. Kapłan załamuje się w dotychczasowej postawie ofiary ze siebie. W obliczu tej próby nie potrafi dokonać integracji natury swojego „ja” i łaski powołania (sakry)…

O czym świadczą powyższe wypadki? – U pierwszego mężczyzny, kandydata do kapłaństwa, brak po prostu przekonania o celowości i wzniosłości ofiary oraz brak odwagi do złożenia tej ofiary ze siebie samego. Chodzi przecież o ofiarę całkowitą: nie tylko o celibat, nie tylko o strój, będący wyrazem jakiegoś wyłączenia społecznego i przyporządkowania do stanu nie-atrakcyjnego… Chodzi o „don total de soi-même” o zasadniczą postawę i ducha ofiary!… – W drugim wypadku chodzi natomiast o jakąś nieumiejętność lub niezdolność do składania ofiary ze siebie, do stałego samoofiarowania, tak potrzebnego do integracji własnej natury i łaski, szczególnie w stanie kapłańskim. – W powyższych 2 przejawach zawiera się dwojakie praktyczne zagadnienie naszego tematu.

Omówienie. – Pragniemy z jednej strony zastanowić się po krótce nad przekonaniem o potrzebie i celowości ofiary w naszym życiu, z drugiej strony nad zagadnieniem stopniowej integracji naszej natury ludzkiej i daru łaski.

  1. – Potrzeba i celowość ofiary

Istotne jest w nas przekonanie o tym, że ofiara zawsze i wszędzie stanowi istotny element życia chrześcijańskiego w ogólności, a kapłańskiego życia w szczególności. Pomijamy już w tym miejscu prawdę życiową, że ofiara wiąże się w ogóle z każdym życiem ludzkim, nawet w rozumieniu „laickim”, z tym że w koncepcji „zeświecczonej” brak najczęściej zadawalającej motywacji ofiary!… (Krzyż bez Chrystusa).

W postawie chrześcijańskiej nieodzowne jest stałe pogłębianie motywacji ofiary, szukanie coraz istotniejszych motywów utwierdzających przekonanie o konieczności i celowości ofiar. W postawie kapłana nie jest najniebezpieczniejsze jakieś już zaistniałe zepsucie, czyli sprzeniewierzenie ideałom kapłaństwa, lecz tragicznym periculum jest znieczulenie wewnętrzne na potrzebę ofiary, zagubienie lub osłabienie przekonania o jej celowości. Jest to sytuacja duchowa o dalekosiężnych skutkach.

1) Współczesny „świat konsumpcji” ucieka na wszelki sposób przed wizją ofiary. Cała dzisiejsza cywilizacja i kultura stawia na możliwie najbogatsze użycie i wyżycie się. Sytuacja społeczna pielęgnuje postawę konsumpcji. Nawet teologia włącza się w nurt psychozy użycia (teologia rzeczy ziemskich), uniemożliwiając nieraz przeżycie konieczności ofiary. Żyjemy wprost w jakiejś „aurze konsumpcji”: człowiek jest prawie od początku życia niezwykle silnie zwrócony ku doczesności.

Oczywiście rzeczywistość doczesna jest sama w sobie dobra. Doceniamy za przykładem Chrystusa w Jego duchu rzeczywistości ziemskie. Mówi o tym teologia wartości doczesnych. Świat, stworzony przez Boga jako przejściowe miejsce pobytu człowieka, udziela temu człowiekowi dużo dobrych i pięknych rzeczy, bynajmniej nie złych w samych sobie… Ale z drugiej strony niewłaściwe – i nawet niebezpieczne jest jednostronne przeakcentowanie rzeczy materialnych, czyli dzieła stworzenia. Prowadzi to prawie nieodmiennie do zapoznania drugiego dzieła: dzieła Zbawienia, które przecież wyrosło z ofiary i na niej buduje! Nie można rozłączać i izolować obydwóch dzieł!

Trzeźwi myśliciele przestrzegają już dzisiaj przed „zadurzeniem się w świecie”, które prowadzi do „odurzenia duchowego”. Np. znany pisarz amerykański, Steinbeck, widzi wielkie niebezpieczeństwo w tym, że Amerykanie posiadają za dużo wszystkiego. Wśród dobrobytu i wielości dóbr zatracili – duszę… Szukają jej na nowo na kanapie u psychoanalityków… Nie mając ducha i duchowych wartości mogą okazać się – pewnego dnia słabi i biedni i bezsilni, gdy przyjdzie „wielkie wydarzenie”. Skąd tedy wezmą siły? – W noworocznym przemówieniu radiowym 1965 r. ówczesny prezydent NRF., Erhardt, wzywał społeczeństwo do opamiętania i ascezy w pogoni za coraz nowymi wartościami… Rosnący dobrobyt prowadzi do marnotrawstwa i absurdu. Także u nas, choć w mniejszym jeszcze na razie stopniu, żyjemy w podobnej aurze konsumpcji. Bezwiednie ulegamy jej oddziaływaniu nawet my, kapłani!… – W świadomości tego faktu jakże mocno podczas Soboru Watykańskiego II mówiono o „Kościele ubogim”. Nie chodzi już tylko o dawanie jałmużny z nadwyżek potrzebującym, „światu trzeciemu” (jeden procent od rocznego dochodu!). Chodzi o coś więcej, coś bardziej zasadniczego: o dystans duchowy wobec bogatej rzeczywistości doczesnej, która jest na pewno piękna i bogata, i przysparza tyle radości, ale z drugiej strony może także zadusić ducha! – W dawnych epokach mniej bogate cywilizacje i kultury jakby szybciej traciły swoją moc atrakcyjną., moc pociągającą i łudzącą.

„Pojemność” serca ludzkiego wydaje się być zarazem ograniczona i równocześnie nieograniczona. Gdy pewne wartości mocno angażują człowieka, brak jakby miejsca dla innych, nawet wyższych, doskonalszych… Z drugiej strony wszystkie wartości doczesne, prędzej czy później, ukazują swoją względność: nużą i nudzą, czasem budzą obrzydzenie… Tym nie mniej istnieje dzisiaj niebezpieczeństwo pewnego złudzenia: gdy jedno znudzi, szuka się drugiego, a możliwości wydają się dzisiaj coraz bardziej nieograniczone i niewyczerpane. Zjawisko przewartościowania wartości doczesnych jest dla wielu niebezpieczne, ale oczywiście nie musi być zawsze groźne… Dużo zależy od dojrzałości człowieka, jego wewnętrznej wolności.

Z zjawiskiem dowartościowania doczesności łączy się także koniecznie dowartościowanie człowieka. Od długiego już czasu mówi się wiele i pisze o humanizmie. Człowiek staje się coraz bardziej ośrodkiem wszystkiego, przynajmniej w założeniu, pojęty ogólnie. I tu pojawia się pewne niebezpieczeństwo, mianowicie zapoznanie Boga. Człowiek dochodzi, może z początku i bez zamierzeń, do detronizacji Boga w swojej świadomości. Proces ten w pewnym sensie spotęgował się już w XV/XVI wieku. Dzisiaj niesłychane osiągnięcia i plany człowieka potęgują to niebezpieczeństwo, pogłębiają ułudne wizje samowładności, tworzą niebezpieczne mity…

W pewien sposób niebezpieczeństwo „laicyzacji” wizji życia i celu życia ludzkiego udziela się dzisiaj także kapłanom. Np. na marginesie zeszłorocznych zjazdów księży-kontestatorów pytano w czasopismach: „Czy wy nie szukacie nazbyt siebie samych, a mniej wam zależy na nowym ‘porządku w Kościele’?” Istnieje wielkie niebezpieczeństwo formułowania nowego humanizmu bez Chrystusa. Według Urs von Balthasar’a („Cordula” s. 103-105) zbyt szafuje się terminem „Mitmenschlichkeit”, mając na myśli jakieś anonimowe chrześcijaństwo, bez oparcia w Bogu-Chrystusie.

Na pewno docenianie rzeczywistości doczesnej, nie zawsze właściwie widzianej i traktowanej w czasach także ostatnich (antynomie społeczne!), jest jak najbardziej słuszne i konieczne. Ale przeakcentowanie tego wszystkiego łatwo prowadzi do zapoznania koniecznego, wyzwalającego dystansu wobec doczesności. W postawie także współczesnego człowieka nieodzowne jest miejsce dla Boga, a więc także dla ofiary, rezygnacji także z rzeczy i wartości dobrych, nie-grzesznych… Inaczej grozi niebezpieczeństwo „niwelacji” chrześcijaństwa, jeżeli hasła nowego humanizmu mają być realizowane „mit Auslassung des Kreuzes”. Byłaby to po prostu „eine Theologie des Ausverkaufs” (Balthasar).

2) Także współczesny świat „konsumpcyjny” potrzebuje pełnych chrześcijan, zrodzonych z osobistej ofiary, w których dopełnia się rzetelna integracja natury z łaską Chrystusa. Jest to zasadniczy warunek, aby nasz świat w ogóle mógł i chciał słuchać Ewangelii. Jest w tym dziwny paradoks: tylko pełni chrześcijanie skłaniają dzisiaj do nastawienia uszu na Ewangelię ludziom, prawie nieczułym na wartości chrześcijańskie. – Kampmann („Einübung des Glaubens”) wskazuje na ludzi opisanych w dziełach Saganne. Znamionuje wobec nich „eine epochaltypische Ratlosigkeit” tych, którzy chcą tamtym głosić Ewangelię. Ta Ewangelia musi być po prostu ukazana w wcielonej postaci („Verleiblichung des Evangeliums”), jeśli ma zyskać moc przekonywującą i pociągającą. Może to się zaś stać tylko przez zaistnienie „der grossräumigen Gestalten”, które nie rodzą się, ale powstają i kształtują się na drodze ofiary osobistej. To jest prawo dojrzewania ludzkiego w ogólności, a tym bardziej w odniesieniu do życia nadprzyrodzonego. – Przykłady: powieść francuska. Maritain („Paysan de la Garonne”) mówi wprost o znaczeniu jednostek silnych i grup takich ludzi, choćby nielicznych, w życiu Kościoła. Nawiązuje do tego stwierdzenia żona Maritain’a, Raissa, w swej książce o kontemplacji: wśród 3 dróg kontemplacji, która jest najwyższym stanem rozwoju duchowości ascetycznej, wylicza drogę ofiary („loi de la mort”).

3) Potrzeba ofiary jest oczywista także samemu kapłanowi, gdy chodzi o jego życie wiary, dzisiaj u niejednego tak bardzo zagrożonej. Wydaje się to być paradoskem: kapłan musi bronić wiary w sobie, by innym ją dawać?! A jednak tak jest: bez ofiary osobistej nie ma wiary osobistej. – I znowu jest tu niebezpieczeństwo: kapłan może nie być przekonany o tym, że wiara zdobywana przez niego, przez ofiarę jest warunkiem skuteczności jego pracy apostolskiej i duszpasterskiej. Fakt ten ukazują niektóre powieści.

Karl Rahner mówi wprost: „Der Gläubige von heute wird ein Mystiker sein müssen – oder er wird überhaupt nicht sein!” O ileż bardziej odnosi się to do kapłanów!… Mistyki zaś w sensie wyższego kontaktu i obcowania z Bogiem nie ma absolutnie bez ofiary. O tym mówią wszyscy mistrzowie życia duchowego, inspirowani zresztą przez Pismo Święte. Np. św. Jan od Krzyża uwypukla konieczność ofiary na swym rysunku „drogi na szczyt Karmelu”, zaznaczając te słowa na „zboczu góry”, podczas wspinaczki. Stale na nowo przekreśla tam dobra, nawet godziwe. Kto „balastu” nie chce odrzucić, ustaje w drodze, bo nie może wspinać się swobodnie na szczyt, gdzie jest już tylko spotkanie wyzwolonego „ja” z „Ty” Bożym. I to jest właściwa pełnia wiary! To jest właściwe współżycie z Bogiem!

Konstytucja „Lumen gentium” mówi wyraźnie z jednej strony o tym, że kapłan winien ukazywać Chrystusa i więcej naśladować niż inni, z drugiej strony zaś, że właściwie nie ma różnicy między zobowiązaniem do doskonałości u zakonnika i kapłana „świeckiego”, czyli że doskonałość jest niemożliwa bez ofiary.

Omówione 3 względy, wynikające z egzystencjalnej sytuacji współczesnego kapłana, ujawniają jednoznacznie konieczność pogłębionego życia wewnętrznego u niego. Tego zaś nie można wyobrazić sobie bez ofiary. Życie naszej epoki bynajmniej nie ułatwia tego zadania, nawet jego rozeznania, lecz owszem – często wciąga kapłana w swoją aurę. Stąd wywodzi się niebezpieczeństwo dezorientacji i stąd wynika obowiązek i zagadnienie przypominania kapłanom nieodzowności ofiary oraz pogłębienia jej motywacji. Chodzi głównie o racjonalne motywy postawy ofiary i przekonanie o konieczności zdrowej ascezy. Szczegóły co do sposobów i rodzaju realizacji są już mniej ważne, ponieważ uwarunkowane osobiście i okolicznościowe. Rozumujący kapłan sam znajdzie okazję i przedmiot swojej „ofiary”, jak Abraham znalazł owcę, ofiarowaną Bogu w miejsce Izaaka.

  1. – Zagadnienie integracji natury i łaski

Zdrowa asceza jest nieodłączną cechą prawdziwego życia kapłańskiego. Jej celem ostatecznym jest integracja natury ludzkiej i łaski Bożej, jako szlachetny stop, według woli Boga. Pytamy jednak z czego i w jaki sposób ma się dopełniać ofiara w życiu? Podobnie jak we Mszy świętej, konieczna jest „materia” i „forma”, aby ofiara mogła się dopełnić, i to w życiu codziennym.

  1. – Co może stanowić materię ofiary na co dzień? Skąd można czerpać tę materię?

1) Pierwsze źródło dla czerpania okazji do ofiar to życie codzienne i jego warunki, czyli po prostu to co życie ze sobą przynosi:

(a) Materią pierwszą ofiary są szare elementy codziennego życia, jako „chleb i wino” ofiarne, czyli to, z czym na co dzień żyjemy… Moja ankieta wśród księży stwierdza: jako kapłani na ogół mamy lepsze warunki zewnętrzne od naszych wiernych. Co nam zagraża, to to, że dysponujemy zbyt dużo rzeczami!… Stąd nieodzowny jest świadomie obierany dystans do wartości materialnych, doczesnych. – Karl Rahner nazywa w książce „Die Frömmigkeit heute” element główny ascezy kapłańskiej: „Aszese des selbstgewählten Masses”, czyli własnowolnie obrany umiar. Jest to na pewno trudniejsze, aniżeli siłą narzucone „ubóstwo”. Trudniejszą rzeczą jest: mieć – nie mieć dobrowolnie, aniżeli nie posiadać, bo życie tego nie daje. – Dekrety soborowe „Vaticanum II” mówią wyraźnie o „ubóstwie”, obranym z własnej woli. Merton („Znak” 45, s.316) pisze: „Właściwym celem ascezy (ofiary) jest (także) ujawnienie różnicy między złym używaniem rzeczy stworzonych, które jest grzechem, a dobrym, które jest cnotą”. – B. Häring mówi wprost o „Benzinfassten” w obliczu współczesnego rozbijania się samochodami.

Taka forma ascezy jest oczywiście trudna, bo nie chodzi tu o „grube” uchybienia, które swoją brutalnością odstręczają dusze wrażliwe, szlachetne w zasadzie. Chodzi raczej o małe „ledwo dostrzegalne” uchybienia, dla których dostrzeżenia potrzeba wyczucia, refleksji, skupienia, szlachetnych intencji. Oczywiście w opanowaniu tych uchybień nie chodzi o tzw. „ćwiczenie silnej woli”, gdyż na taki psychologizm zdobędzie się np. także sportowiec dla nabycia dyscypliny, hartu… W chrześcijańskim rozumieniu dojrzewania wewnętrznego chodzi zawsze o najwyższy motyw – dla Boga (Rahner: „Deus semper maior”).

Oczywiście nie można sprawy upraszczać. Bóg jest w rzeczywistości nieskończenie wielki i wszelkie dobra i wartości są niczym wobec niego. Ale tu nie chodzi o jakąś obojętność lub nieczułość wzgardy dla tego, co niższe. Dobra doczesne są naprawdę dobrami, choć tylko względnymi. Nasz stosunek do tych dóbr winien być „eschatologiczny” (Rahner): Bóg jest naprawdę największym Dobrem, i dla Niego, dla świadectwa o Nim mogę zrezygnować z np. małżeństwa i rodziny. Przez to świadczymy, że bierzemy na serio przede wszystkim „eschata”, nie gardząc dobrami niższymi (cecha misyjna ascezy). – Z drugiej strony możemy rezygnować z wartości doczesnych przez pamięć o śmierci, która odrywa bezwzględnie od całego doczesnego bagażu dóbr. Im bardziej człowiek jest przywiązany do wartości doczesnych, tym ciężej jest mu umierać. Chodzi o „Aszese als Vorwegnahme des Todes” (Rahner), czyli o ćwiczenie jakby w postawie śmierci.

(b) Dalszą materią ofiary jest wszystko to, co trudne, szarpiące nerwy („chleb i wino” zdobyte z trudem), a więc nerwowe wyczerpanie, przeciążenie pracą, udręki zewnętrzne. Mowa o tym w konstytucji „Lumen gentium” (41)…

(c) Dużo „materii” ofiar dostarczają także kontakty z bliźnimi (styczności z innymi ludźmi): wymagają one wiele cierpliwości, samozaparcia, co jest trudniejsze niż np. poszczenie, odmówienie sobie odświeżającego napoju, słodyczy. – Dekret o posłudze kapłańskiej mówi wprost o postawie braterstwa wobec ludzi: trzeba przyjąć ich, jakimi są, i chcieć im usłużyć, ustąpić. Jakże wiele okazji do ofiar daje stosunek między pokoleniami, np. między starszymi i młodszymi kapłanami! Ile tu może być wzajemnego niezrozumienia, krzywd przez nieopanowanie własnego egocentryzmu i egoizmu. Wierni świeccy często muszą zdobyć się na przemilczenie, opanowanie, zwłaszcza gdy są „nierozerwalnie” związani (małżeństwo). Czy kapłan daje im przykład samoopanowania?… „Lumen gentium” wskazuje wprost na stosunek kapłana wobec zarządzeń biskupa jako na sposób pogłębienia własnej osobistej i społecznej świętości (przykład dla wiernych).

(d) Materią do ofiarnego usposobienia jest dzisiaj nieraz pokusa beznadziejności i bezowocności w pracy (frustracja). Rahner pisze: „Man muss lernen auch unter Tränen säen zu können, hoffend, dass Gott die tauben Ohren und Herzen zu öffnen vermag, – Ihm das zu überlassen”. Tu jest źródło wielu ofiar zwłaszcza u księży gorliwych, którzy nie załamują się w obliczu obojętności wielu chrześcijan.

(e) Wreszcie należy wskazać na źródło ofiar, jakim jest nieraz uczucie osamotnienia serca. Kapłan jest „skazany na samotność” (Einsamkeit). Celibat nie jest nagradzany miłością ludzką, często przeciwnie – obojętność jest jego zapłatą… Tu ofiara przede wszystkim jednoczy z Chrystusem – Światłością!

2) Nie można oczywiście pominąć jako materii ofiarniczego usposobienia, osobistych krzyży, jakie trafiają się w życiu kapłana: długotrwałe dolegliwości, choroby, straty najbliższych, przyjaciół…, rożne troski, zawody, krzywdy, niezrozumienia, nieporozumienia… W „przydziale” tego wszystkiego należy może najbardziej zaufać Bogu i zdać się na Jego wolę, bez otępienia i znieczulenia. Rahner: „Co począć, gdy dowiesz się, że rak zaczyna cię zżerać?…”

  1. Obok materii w postawie ofiary istotna jest forma ofiary. Jak we Mszy św. nie wystarczy sam chleb i wino, choćby i w dużej ilości, dla dopełnienia ofiary, tak i w życiu chrześcijańskim nieodzowna jest moc konsekracyjne Jezusa Chrystusa w nas samych.

Materii ofiary dostarcza każdemu kapłanowi życie w dużej ilości, jak przykładowo wyżej określono. Ta obfitość ofiar czy okazji do ofiar może jednak budzić niebezpieczne złudzenie, mianowicie, że te ofiary są już same w sobie rzeczywistą „Ofiarą”. Ażeby tak było, musi nastąpić u każdego świadomy wybór: „Tibi, Christe crucifixe!”, czyli świadoma konsekracja przez zjednoczenie z Panem. Konstytucja „Lumen gentium” mówi w odniesieniu do tej postawy wprost o „męczeństwie” (martyrium): potrzeba w nas postawy męczeństwa, choć ono samo – w znaczeniu ostatecznym – nie musi jeszcze zaistnieć. Urs von Balthasar („Cordula”) mówi o gotowości do męczeństwa w sensie religijnym (s. 118-119): życie winno dopełniać się według oceny, wyznaczonej postawą 2 Ignacych: męczennika św. Ignacego Antiocheńskiego i wyznawcy św. Ignacego Loyoli. W ocenie życia i ofiar z nim związanych musi być między jedną i drugą krańcowością: „Summe et suscipe!”

W jaki sposób może dokonywać się owo świadome łączenie się z Jezusem Chrystusem, Ofiarnikiem i Ofiarą? Dzieje się to w sposób dwojaki: przez życie modlitwy i przez związanie z Chrystusem.

1) Życie modlitewne nie pozwala świadomości zasnąć i zastygnąć. Jest to dziwne zjawisko: „ofiara” musi być wsparta „modlitwą” (szeroko pojętą). Albowiem samo nagromadzenie „darów ofiarnych” nie jest jeszcze „ofiarą”. Ale też równocześnie same „modlitwy” w różnej postaci nie są wszystkim – bez ofiary! „Die Kontemplation ist nur die Frucht allgemainen Abtötung”: nie ma prawdziwego życia modlitwy, do stanu kontemplacji włącznie, bez ascezy ofiary.

Jak możemy uczynić coś „ofiarą” dla Pana Jezusa, skoro Go nie widzimy? „Nur in der Offenheit der Kontemplation und des horchenden Gebetes erschliesst sich, was Christus, unser Ursprung, besagt und will. Jede Aktion (a więc np. ofiara zagonienia współczesnego i inne), die nicht in der Kontemplation wurzelt, ist von vornherein dem Verdorren überantwortet” (Urs von Balthasar).

2) Drugim współczynnikiem konsekracji naszych ofiar jest związanie z Jezusem Chrystusem, i to nie tylko poprzez życie łaski, które samo przez się niejako „rzuca” nasze czyny w niebo… Chodzi o świadome pielęgnowanie osobistej rozmowy z Nim, jako miary naszych czynów. – O tym „przewartościowaniu” mówi P. Claudel w swoim dziele „Jedwabny trzewiczek”, w którym mowa o 2 braciach, rzuconych na toń morza. Jeden uczepiony rozpaczliwie odłamu drzewa z rozbitego okrętu, drugi przywiązany nierozerwalnie do krzyża, który niesie bezpiecznie do celu…

 

Zakończenie

Obecny kardynał dell’Acqua znalazł po śmierci kardynała Tossi, arcybiskupa Mediolanu, w jego brewiarzu kartkę z modlitwą:

„O słodki Jezu, daj mi Twą miłość w najwyższym stopniu, miłość Twojego Krzyża! Nie proszę o miłość tych krzyżów heroicznych, których blask schlebia miłości własnej, lecz o miłość do owych krzyżów pospolitych, które zwykle nosimy z taką niechęcią, – tych krzyżów, którymi jest każdego dnia usiane nasze życie i które napotykamy o każdej godzinie na naszej drodze. A są to: przekora, niepowodzenie, opuszczenie, uprzedzenie, przeciwności, oziębłość, niecierpliwość, obmowa i odmowa, pogarda, choroby ciała, zaciemnienie umysłu, milczenie i oschłość serca. Wedy dopiero będę wiedział, że Cię kocham, chociaż ja sam nie będę tego czuł ani wiedział. Ale to mi wystarczy. O słodki Jezu, niech Twoja wola zawsze i bez wyjątku spełnia się we mnie doskonale. Amen.”

Wspomnienie dziękczynne

Słowo wygłoszone w Rokitnie 18 czerwca 1984 r. podczas obchodów 50 rocznicy święceń kapłańskich

(Gorzowskie Wiadomości Kościelne, 1985, s. 141-143).

 

[…] A więc, co ludzi przekonuje do księdza. To jest ważne, bo dzisiaj ludzie chcą dzielić i dzielą ludzi od księdza odwracając, ale i księża sami sobie szkodzą będąc bezkrytycznymi. Ludziom imponuje zawsze i wszędzie, w najprostszym słowa znaczeniu — pobożność. Często słyszy się zachwyt: „ach, jak ten ksiądz pobożnie chrzci” — mówiła matka chrzestna. Byłam tyle razy matką chrzestną, a nigdy tego nie widziałam. Powiedziałem jej wówczas, że ten ksiądz niczego z siebie nie dodaje, tylko wykonuje funkcje Kościoła przepisaną przy chrzcie św. Przestrzega z wielką czcią rubryki chrztu św.

Widziałem młodego księdza, który poszedł do chorego, czynił to z namaszczeniem. Później po piętnastu latach, ludzie wspominali jak pięknie czynił to ksiądz, który naszego dziadka zaopatrywał.

Pamiętam księdza pracującego w wielkiej parafii przemysłowej. Z pobożnością nie było u niego najlepiej. Zajmował się wschodnią filozofią. Był inteligentny, był bez zarzutu moralnego, a ludzie go nie lubili, bo cały dzień siedział w bibliotece swej i nie był tym czym powinien być. Był pobożny, ale dla siebie. Nie dał pobożności ze siebie a stać go było na to, bo nie był grzesznikiem. Nie dawał on tego wewnętrznego ładunku duchowego w pracę, którą ludzie chcieli. Gdy był w obozie w Dachau, mówił, że gdyby wrócił, to zupełnie inaczej zacząłby pracę duszpasterską. Miałem kolegę księdza, który z przekonania był Niemcem, był wspaniałym duszpasterzem, Polacy na rękach go nosili. Po wojnie, przeniesiony został na wioskę, a ludzie przez trzy łata wozili węgiel, choć wiedzieli, że to był Niemiec i tego mu za złe nie brali, bo on kochał ludzi. A więc, widzicie kochani księża, że ludzie zawsze będą chcieli od Was, byście byli pobożni i to będą wysoko cenić. To jest pierwsze, co Was może do ludzi zbliżyć i zawsze zbliżać będzie, bo szacunku dla człowieka i dla Pana Boga, nigdzie ludzie nie widzą dzisiaj, tylko u księdza.

Potrzebny jest kontakt z ludźmi, nie wolno nikim gardzić. Trzeba też ludziom wyjaśniać na jakie cele składają pieniądze na tace w kościele, kolęda, wypominki itp. Nie wolno zdzierać z ludzi pieniędzy. Ludzie rozumieją materialne potrzeby Kościoła i dadzą co trzeba.

Dbajcie o urobienie duchowe i ascetyczne młodych ludzi poprzez różne formy rekolekcji zamkniętych, dla maturzystów i innej młodzieży. Pamiętam, jak posłałem maturzystów na rekolekcje zamknięte u Jezuitów w Bielsku. Jak oni wrócili zafascynowani Jezuitami i takimi rekolekcjami.

Były to przeżycia z czasów przedwojennych. Potem przyszła wojna. Byłem proboszczem na wsi. Tam miałem kontakt z rodzinami udręczonymi przez obozy, przez front wojenny. Polaków zabierano na wojnę. Zabierano młodych, którzy nie umieli języka niemieckiego. Przed wyruszeniem do wojska, gromadziłem ich w kościele na przygotowanie na front. Odbywała się nauka i spowiedź. Uczyłem ich żalu doskonałego na wypadek niebezpieczeństwa śmierci. Okazało się, że na stu ludzi tylko trzech umiało wzbudzić żal doskonały. Dlatego kochani księża widzicie, że ludzi trzeba uczyć, trzeba powtarzać.

Kiedy przyjechałem do tej parafii po 38 latach jako biskup, pokazywano mi pożółkłe już listy jakie pisałem do nich przed wyjściem na front. W tych listach były pouczenia jak robić żal doskonały. Ci starzy ludzie płakali ze wzruszenia i wdzięczności, że się o nich tak kiedyś starałem. Teraz przez całe lata wszędzie przy bierzmowaniu ludziom powtarzam, bo ludzie tego nie wiedzą, nie umieją. Starałem się i staram o dusze. Kiedy zostałem biskupem otrzymałem listy od teologów z Kanady i z Wiednia w których pisali, że do dzisiaj korzystają z mojej lekcji katechezy o łasce. Jest to dowód jak działa na młodego człowieka katecheza dobrze napisana i wygłoszona.

Po wojnie kazano mi opuścić parafię i dano mnie do gimnazjum na prefekta. Biskup Bieniek, sufragan w Katowicach, wezwał mnie kiedyś do siebie, bo widział, że młodzi księża popełniają błąd nie przyjmując każdej posady jaką się im daje oraz odchodząc od życia modlitewnego, i mnie kazał wygłosić wykład. Znał mnie jeszcze sprzed wojny, gdy byłem katechetą. Kazał mi przekonać młodych księży, że mają po święceniach dalej się uczyć i modlić, i pracować. Miałem zorganizować tzw. Kolegium Neoprezbiterów przez jeden rok. Chodziło Biskupowi o podniesienie poziomu duchowego więcej niż intelektualnego. Nie miałem żadnego wzoru. Napisałem program, w którym zasadniczym celem było przekonanie, że można i trzeba powiązać naukę, pobożność i pracę, bo do dzisiaj tak jest, że młody ksiądz po seminarium rzuca z miejsca studium, duchowe ćwiczenia, bo ja muszę pracować. ja poświęcam się pracy. Taki ksiądz „wyschnie” za dwa lata, dusza pusta i zjawia się tęsknota za innym dobrem.

W programie tym był nacisk, że księża mają się nauczyć życia kapłańskiego z praktyki, a nie z teorii. Zorganizowałem to studium w ten sposób, że księża idą zaraz po święceniach do Kolegium do Załęża i tam muszą zachować dyscyplinę w każdej dziedzinie. Mieszkali w sąsiednich parafiach, musieli wykonać pracę parafialna i zdążyć do Kolegium na studium formacyjne. Wykładowcami byli doświadczeni duszpasterze z doktoratami. Studium to trwało w całości trzy lata. Później musiało zostać rozwiązane z powodu narzucania przez czynniki przeciwne Kościołowi innej duchowości.

Później co się ze mną stało to wiecie, zostałem biskupem. Był to dla mnie największy dar ze strony Pana Boga. Tego się nie spodziewałem. To jest łaska a nie ciężar. Jestem Panu Bogu za to wdzięczny. Jestem wdzięczny i za to, że zawsze miałem dobre otoczenie. Moja służba kościelna w parafii wiejskiej, w gimnazjum, w parafii przemysłowej, gdy byłem katechetą w szkole podstawowej i zawodowej, wszędzie miałem bardzo dobre otoczenie, ludzie byli dla mnie bardzo dobrzy. Następnie Pan Bóg był dla mnie dobry, dał mi bardzo dobre zdrowie. Nie byłem nigdy chory. Moi koledzy już umarli, a ja jeszcze żyję.

Wielką łaską dla mnie jest inklinacja do życia intelektualnego i wewnętrznego. Cieszę się. że mam wspaniałą rodzinę, jest rodziną górniczą. Rodzice już nie żyją, mam tylko rodzeństwo. Są samodzielni i ode mnie nie wymagali żadnej pomocy materialnej. Jako Biskup większych trudności nie miałem ani z księżmi, ani ze społeczeństwem. Komuniści też mi nie dokuczyli, a to, że dwa razy nie puścili na Sobór, to ostatecznie taka wielka szkoda nie jest. Z księżmi, najbliższymi pracownikami Kurii też nie miałem najmniejszego kłopotu, za co jestem Panu Bogu bardzo wdzięczny.

Na końcu chce powiedzieć o moim stylu duszpasterskim. Jaki on był? On się ujawnił w kładzeniu nacisku na caritas w parafii, na pomoc bliźnim. To się bardzo opłaciło, za to ludzie byli bardzo wdzięczni. Następny akcent mej pracy, to przygotowanie do małżeństwa i rodziny poprzez kursy. To się zaczęło w pierwszych latach mego kapłaństwa. Kładłem nacisk na przygotowanie do czystości, na samowychowanie. Wszędzie dawałem kalendarz samokontroli, co się później streszczało w tych pięciu pytaniach przy wieczornym rachunku sumienia. Fundamentem było świadome dążenie do stanu łaski uświęcającej, modlitwy i medytacji. Motywacja do spowiedzi. Wreszcie Unia Apostolska Kleru. Tak wyglądało moje życie kapłańskie i styl pracy.